Akceptacja siebie

Temat rozległy, ale nader ciekawy. Jak to jest z tą akceptacją swojego ciała? Czy powinniśmy przyjmować wszystko takim jakie jest i zamiast dążyć do doskonałości wmawiać sobie i innym, że jest dobrze? A może to nie wmawianie, może właśnie jest to zdrowe podejście? Przedstawię Wam swój punkt widzenia oraz dylematy jakie sam odczuwam w tej kwestii.
Skupię się na naszej fizyczności, chociaż korci mnie żeby napisać osobny artykuł o kwestiach charakteru i egzystencjalizmu.

Moje spostrzeżenie z obserwacji ludzi, czytania opracowań, blogów, for czy oglądania przeróżnej maści programów dokumentalnych jest takie, że słowo akceptacja pojawia się w momencie, kiedy czegoś nie umie lub nie da się zmienić. Jak do tej pory nie słyszałem, żeby człowiek o wysportowanej sylwetce używał tego stwierdzenia (pomijam zaburzenia psychiczne). On po pierwsze nie musi tego robić, a po drugie nie ma tego w jego słownictwie. Nawiązuję tylko do jego wyglądu który nas najbardziej interesuje ,czyli stosunku masy mięśniowej do tłuszczowej. Oczywiście może być piegowaty czy nosić okulary, ale na to już niestety wpływu nie ma (tak wiem, może ich nie zakładać, nosić soczewki…nie o to chodzi). O co więc chodzi? W znacznej mierze o pójście na łatwiznę. Jestem gruby, ale czuję się z tym dobrze, jest wspaniale i jestem lepszy od tych wszystkich frajerów dźwigających ciężary na siłowni i biegających po ulicy, bo ja akceptuję siebie.

Są pewne granice akceptacji. Uważam, że nie można akceptować niczego co szkodzi naszemu zdrowiu, a co można zmienić. Równie dobrze można akceptować palenie tytoniu albo inne szkodliwe używki. Możecie powiedzieć, że to nałogi. A obżeranie się przed telewizorem jak nazwiecie? Od dawna wiadomo, że jest to w mniejszym lub większym stopniu nałóg, więc nie należy go akceptować tylko z nim walczyć.

Ktoś może twierdzić, że dobrze mu z paleniem lub BMI powyżej 30 i ja temu nie zaprzeczam, ale niech nie wmawia innym, że jest to coś normalnego. Ponadto procent, albo nawet promil tych ludzi na prawdę tak uważa. Gdyby w jakiś magiczny sposób dać możliwość takiej akceptującej siebie osobie z otyłością III stopnia do osiągnięcia prawidłowej masy ciała to nie skorzystała by z okazji? Żeby nie generalizować – nie piszę o ludziach, którzy z powodów medycznych utrzymują taką wagę. Oni jak najbardziej powinni się akceptować, chociażby dla zdrowia psychicznego i spokoju ducha, cała reszta to tylko obłuda.

Widziałem ostatnio brytyjski program o życiu grupki „przyjaciół”. Połączyło ich uczęszczanie na coś w rodzaju kółka dyskusyjnego, na którym rozważali założenie „partii ludzi prawdziwych”. Ich średnia waga (w przeliczeniu z funtów) wynosiła 143 kg i to wg nich czyniło ich prawdziwymi. Reszta społeczeństwa o zdrowych proporcjach, a może nawet cała populacja była ich zdaniem wytworem współczesnego pędu ku doskonałości. W temacie akceptacji i obłudy osiągnęli dla mnie poziom krytyczny. Organizowali pikiety i manifestacje wyśmiewając przechodzących ludzi o poprawnym lub w miarę poprawnym BMI (przy tej skali porównawczej ktoś z nadwagą wydawał się szczupły) wychwalając jednocześnie otyłych i ich poziom „wyzwolenia”. Mimo rosnącej frustracji obejrzałem cały dokument, na którego koniec pojawiła się informacja, że współzałożycielka grupy po niedługim czasie poddała się operacji odsysania tłuszczu. Myślę, że nawet nie muszę tego komentować.

Zanim posypią się pioruny – zróbcie rachunek sumienia w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie „czy wolałbym być szczupły i zdrowy, czy akceptować siebie”.

2 komentarze

  1. Ja na pewno się nie akceptuję 🙁 Nie wiem jak z facetami, ale chyba żadna baba nie powie że jest gites i nic nie zmienia no chyba że właśnie takie pseudo lansiary którym się nie chce tyłka ruszyć z kanapy tylko wypindżyć przed lustrem. To co mają zrobić jak są grube? Tylko gadać, że to im pasuje 😛

    • Jeśli się nie akceptujesz, pora to zmienić 🙂 Rozpoczęliśmy współpracę ze szkołą ONE STEP – znajdź nas na FB i dowiedz się szczegółów. Powodzenia 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.