Dzisiaj jem, bo muszę

Ile razy mówiliście w ten sposób będąc na diecie? Ja muszę się przyznać, że wiele razy. Co więcej, mimo późniejszych wyrzutów sumienia, czyli tzw. syndromu dnia następnego, czynność tę powtarzałem.

To wręcz nieprawdopodobne jak w chwili słabości człowiek jest twórczy i przekonujący. Okazji ku temu jest wiele, w zasadzie całe nasze życie składa się z atakujących zewsząd pokus, ale w tym artykule skupię się na tych kulinarnych.

Moją listę otwiera powszechna choroba – przeziębienie. Nie jest to dramat, tzn. niektórzy tak twierdzą i okazują to pozostałym członkom rodziny, jednak podczas tradycyjnego, siedmiodniowego kichania i smarkania nie ma szczególnych wskazań do zwiększania ilości kalorii, a już na pewno nie w formie różnej maści batonów czy chipsów. Co zatem się dzieje ? Dlaczego przestrzeganie diety w tym stanie jest trudne ? No cóż, złe samopoczucie obniża nasze morale, więc świadomie lub podświadomie staramy się wyeliminować inne pogarszacze nastroju, w rezultacie obrywa się diecie. Pomysłów na to mamy wiele, a najbardziej pospolitym jest wmówienie sobie, że musimy mieć siły na walkę z chorobą. Wszakże jak walczyć z chorobą zdrowymi, zbilansowanymi posiłkami o obniżonej kaloryczności, jeśli możemy zanurzyć się w rogu obfitości, który zmniejszy nasze cierpienia i niewątpliwie pomoże w chorobie. Zdaję sobie sprawę, że ironia wielkimi kroplami spływa po Waszych monitorach, ale inaczej przedstawić się tego nie da. Wymówki, nic więcej.

Stres to kolejna przeszkoda w walce z otyłością. O ile nie jest on na tyle silny, żeby wyniszczać organizm i powodować spadek kilogramów lub wywołać chroniczny brak apetytu, to jesteśmy w miarę bezpieczni. Jednak nasza wola nie jest bezpieczna. Podobnie jak w powyższym przypadku przed stresem próbujemy się bronić uszczęśliwiaczami. Tutaj jednak należy rozgraniczyć dwa przypadki. Możemy to robić świadomie, po prostu nie radzimy sobie z sytuacją i wgryzamy się w eklerka z bitą śmietaną myśląc “i tak mi wszystko jedno” lub zapominamy o całym świecie i nieświadomie sięgamy po leżące na stole łakocie (jeśli nie ma ich na stole, patrz przypadek pierwszy – nie oszukujmy się).

W drugim przypadku nie pomogę – szukajcie pomocy u psychologa, psychiatry, bioenergoterapeuty a w skrajnych sytuacjach egzorcysty. Jeśli natomiast mamy do czynienia ze świadomym podjadaniem, to możemy użyć kilku sztuczek. Pierwsza, która jednocześnie najmniej mi się podoba, ale jak zauważyłem działa na niektóre osoby i przynosi więcej korzyści niż strat, to umiejętność przyrządzenia niskokalorycznego odskoku od diety. Słyszeliście o stewii? To taki w pełni naturalny słodzik roślinny, 250-450 razy słodszy od cukru, zdrowszy i teraz uwaga…ma zero kalorii! Najprościej więc będzie spożyć kilka gramów w formie proszku lub rozcieńczyć wodą, a zapewniam, że przejdzie Wam wszelka ochota na inne słodycze. Dodatkowo jej indeks glikemiczny jest praktycznie zerowy, więc nie grozi Wam po niej napad głodu. Dlaczego nie jest to wg mnie rozwiązanie idealne? Otóż dlatego, że nie pozbywamy się nawyku zajadania stresu. Jednak z dwojga złego…

Drugą sztuczką jest szybki rachunek sumienia – na prawdę szybki, bo z zachciankami nie ma żartów. Chwilka refleksji na temat tego, że właśnie szykujemy sobie kolejny powód do niezadowolenia z siebie, a co za tym idzie – stresu. Błędne koło. Stres sytuacyjny, który, jak mogłoby się wydawać, pcha nas w stronę podjadania w końcu minie, a my pozostaniemy w stresie, że kolejny dietetyczny plan poszedł na spacer. Pamiętaj, wszystko jest w Twojej głowie, więc czymś ją na ten czas zajmij – posłuchaj ulubionej muzyki, przejedź się na rowerze, pobiegaj, obejrzyj pozytywny film lub dokonaj w głowie skomplikowanych, matematycznych obliczeń (tu Cię zaskoczyłem, prawda?).

Kolejną sztuczkę można stosować dwojako. Umieść na/przy wszystkich źródłach przekąsek swoje “grube” zdjęcie, ale takie, żebyś nie chciał aby ktokolwiek Cię takim zobaczył (nie mówię o zdjęciach obscenicznych – rusz wyobraźnią!) albo w drugą stronę – zdjęcie osoby o idealnej sylwetce, czyli Twój cel. Oczywiście możesz je umieścić także na tapecie smartfona, laptopa czy powiesić nad łóżkiem, ale nie popadaj w paranoję.

Pamiętnik czy zwykle notatki również pomagają. Przelej całą frustrację na papier lub jeśli zdążysz dobiec do komputera (omijając lodówkę), na jakikolwiek edytor tekstu. Serio? Serio serio. Nie tylko się czymś zajmiesz, ale zobaczysz, że po kilku wpisach Twój problem się zmniejszy, poza tym zauważysz, że wcześniej przy podobnej sytuacji obyło się bez zarzucania diety. Z czasem pamiętnik zmieni się w dziennik “czego dziś nie zjadłem” i będzie Cię napawał dumą.

A co w przypadku, kiedy jesteś zdrowy jak marchewka i wyluzowany jak stary łańcuch pilarki i nagle w Twojej głowie pojawia się ciche “przecież to nie ma sensu”? Możesz poczekać, aż będzie głośniejsze, albo zgłębić temat. Kryzys może dopaść każdego, ale się nie poddawaj! Nie dokonuj żadnych zmian, dopóki na spokojnie nie przemyślisz sytuacji. Dlaczego nie ma sensu? Bo zostało jeszcze sporo kilogramów do zrzucenia? A co z tymi, które już zgubiłeś? Chcesz ich teraz szukać? Znajdź chociaż jeden racjonalny, powtarzam – ra cjo nal ny powód, żeby przerwać dietę. Nie przyjdzie Ci nic do głowy, poza bolesnym i szczerym wyznaniem, że tęsknisz do upojnych chwil spędzonych z tłustymi i słodkimi bombami kalorycznymi oraz że masz dość jakichkolwiek restrykcji i zahamowań.

Parafrazując Benjamina Franklina – człowiek musi tylko dwie rzeczy: umrzeć i płacić podatki. Reszta zależy tylko od Ciebie, Twojej woli i zaangażowania.

 

Dodaj komentarz